Stanów Zjednoczonych. Stoeckl otrzymał zgodę cara Aleksandra II na sprzedaż Alaski. Tajne negocjacje między Sewardem i Stoecklem rozpoczęły się około 11 marca 1867 roku. Ostatecznie 30 marca 1867 roku podpisano traktat przewidujący, że Stany Zjednoczone kupią Alaskę od Rosji za 7,2 miliona dolarów w złocie. Klan z Alaski S03 c. Poważna diagnoza wstrząsa Brownami. Rodzina zmuszona jest podjąć decyzję, która może zmienić ich życiową wędrówkę. Matt próbuje się przystosować po ponownym spotkaniu z Noah. Klan z Alaski (2014) s14e11 A Golden Future (2022) - Sprawdź informację o tym odcinku: obsada, twórcy, galeria i forum odcinka. Ten dziki obszar składa się z malowniczych krajobrazów – wybrzeży oceanu, a także górskich szczytów pomiędzy którymi znajdują się rwące potoki. Zróżnicowana roślinność, czyste powietrze – to wszystko sprawia, że teren jest także doskonałym miejscem dla myśliwych. Największym miastem Alaski jest Anchorage, w którym Klan z Alaski 7. Rodzeństwo Brown walczy z problemami z łodzią, ścigając się, by dotrzymać terminu obejrzenia wymarzonej posiadłości. W Waszyngtonie Bam stara się zaoszczędzić pieniądze na ranczo, ucząc się od miejscowego hodowcy siana. Bear i Raiven dzielą się ważnymi wiadomościami dotyczącymi ich przyszłości. 12. Alaska jest prawie tak blisko Tokio (3,520 mil) jak Nowy Jork (3,280 mil) 13. Alaska jest tak rozległa, że gdybyś mógł zobaczyć milion akrów stanu każdego dnia, potrzebowałbyś całego roku, aby zobaczyć to wszystko! 14. Prawie jedna trzecia powierzchni Alaski znajduje się na kole podbiegunowym. JfCM7Ty. Podczas tego wyjazdu była opcja work i travel, byli polscy studenci i amerykańscy rybacy, były białe noce oraz noce na lotnisku. Relacja zwycięzcy konkursu Zostań Dziennikarzem Travelera ogłoszonego we wrześniowym wydaniu. Po wylądowaniu w Anchorage zaskoczyła mnie jedna rzecz. Było widno, mimo że wszystkie zegary na lotnisku uparcie wskazywały pierwszą w nocy. – Dziś najdłuższy dzień w roku – przypomniał zapytany przez mnie taksówkarz. Faktycznie, zapomniałem, latem noce na Alasce są naprawdę krótkie, a właściwie to nie ma ich wcale. Po prostu późny zmierzch przechodzi od razu we wczesny świt. Work, czyli na południe Kolejne zaskoczenie przyszło już następnego dnia, kiedy udałem się do miejscowego urzędu w celu wyrobienia numeru SSN (Social Security Number) niezbędnego do podjęcia pracy w Stanach – zgodnie z planem większość mojego wyjazdu miała wypełnić opcja work. Spodziewałem się spotkać kilku Polaków, bo z biura pośrednictwa, w którym załatwiałem kontrakt, leciało sporo polskich studentów. To, co zastałem na miejscu, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Ojczysty język słyszałem dosłownie wszędzie, a prawie każda grupa osób, jakie zagadywałem, okazywała się polskimi studentami z programu work&travel. Pochodzili z różnych miast, korzystali z pomocy różnych pośredników i lecieli do różnych przetwórni, ale wszyscy mieli podobne priorytety. Jak najwięcej zarobić, jak najwięcej zwiedzić i najlepiej jeszcze jak najwięcej zaoszczędzić. Zwłaszcza dwa ostatnie cele wydają się sprzeczne, ale wszyscy starali się wierzyć, że uda się je pogodzić. W końcu to miał być nasz American Dream. Ice Museum Jeśli o mnie chodzi, to także nie był to wyjazd planowany od lat, który miał być przygodą życia. Chodziło o kasę. Pomysł podróży na Alaskę pojawił się spontanicznie, kiedy przeglądałem w internecie oferty pracy wakacyjnej dla studentów. Przypadkowo trafiłem na stronę biura oferującego zatrudnienie w przetwórniach rybnych na Alasce. Czemu nie, pomyślałem? Nie raz już wyjeżdżałem pracować za granicą, ale tylko w krajach Europy. Stwierdziłem, że czas wyruszyć dalej. W pośpiechu zdałem egzaminy letniej sesji, spakowałem się, przybyłem do Anchorage, wyrobiłem SSN i poleciałem dalej, do pracy. Tak, poleciałem, bo większość przetwórni jest zlokalizowanych na południowym wybrzeżu Alaski. Jeżeli już ktoś przybywa tutaj do pracy sezonowej akurat w tej branży, to z reguły z Anchorage udaje się na południe i z reguły samolotem. Tamtejsze odległości różnią się od tych, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce, a słowo „daleko” nabiera nowego znaczenia. O samej pracy nie będę się rozpisywał. Zdradzę tylko, czego nie było, a co było w przetwórni, do której trafiłem. Nie było: zasięgu telefonicznego, internetu, radia, telewizji. Co było? Łososie. Kropka. Travel, czyli na północ Czas na opisanie opcji travel. Chociaż była krótsza niż work, to zdecydowanie bardziej intensywna i ciekawsza oczywiście. Przyznam, że zawsze ciągnęło mnie na północ. Nie przypominam sobie, żebym marzył o podróży w tropiki i leżeniu pod palmą. Myślałem raczej o wyprawie na Syberię, Spitsbergen, Grenlandię, Alaskę. No właśnie, Alaskę. W końcu miałem szansę zrealizować pierwszy z tych, nazwijmy to północnych projektów. Najpierw jednak samo Anchorage. Jego zwiedzanie zacząłem od... lotniska. Nie, to nie było planowane. Tak wyszło. Po powrocie z kontraktu razem z resztą grupy nie mieliśmy ochoty szukać noclegu w środku nocy, postanowiliśmy więc spędzić noc w porcie lotniczym. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie przemiły kobiecy głos, który co pół godziny informował ze wszystkich głośników, że the local time is... i przy okazji nas budził. Następnego dnia drogi wszystkich się rozeszły. Ja zostałem w Anchorage kilka dni, zanim wyruszyłem na północ. Rozpocząłem od ulubionego miejsca spacerów i rekreacji mieszkańców – długiego na 11 mil szlaku biegnącego brzegiem oceanu. Przy dobrej pogodzie można ponoć stamtąd zobaczyć Mount McKinleya. Niestety mimo niezłej pogody nie udało mi się go dostrzec. Kiedy później podróżowałem po Alasce, w wielu miejscach słyszałem zapewnienia, że widać z nich najwyższy szczyt Ameryki Północnej. Wyciągnąłem z tego wniosek, że chyba z każdego miejsca na Alasce jest on widoczny. Denali Zatrzymałem się w Earthquake Park, gdzie znajduje się wystawa poświęcona trzęsieniu ziemi, jakie nawiedziło Alaskę w 1964 r. Spowodowało ono ogromne zniszczenia, gdyż jego siła wynosiła aż 9,2 stopnia w skali Richtera. Ponieważ wydarzenie miało miejsce w Wielki Piątek, trzęsienie to bywa nazywane trzęsieniem wielkopiątkowym. Później wybrałem się do Muzeum Lotnictwa położonego niedaleko portu lotniczego. Jego ciekawe zbiory przedstawiają pierwszy w historii przelot nad biegunem północnym oraz tzw. loty przyjaźni, które miały miejsce w latach 80. XX w. Samolot startował na jednym brzegu Morza Beringa, czyli na Alasce, a lądował na drugim, czyli w ówczesnym Związku Radzieckim. Był to wyraźny znak odwilży w epoce Reagana i Gorbaczowa. Spora część wystawy poświęcona jest także ciężkim walkom, jakie Amerykanie toczyli z Japończykami w czasie II wojny światowej o Wyspy Kurylskie. W Anchorage warto odwiedzić zoo. Tak, wiem, że brzmi to dziwnie. Wszak każdy przybywa na Alaskę, żeby oglądać nietkniętą przez człowieka naturę z dzikimi zwierzętami żyjącymi na wolności (miałem z nią styczność w parku w centrum Anchorage, gdzie pewnego pięknego poranka spotkałem łosia). W miejscowym ogrodzie zoologicznym oprócz łosi głównymi gwiazdami miały być niedźwiedzie, ale powodem mojej wizyty były dwa tygrysy syberyjskie. Nie mogłem sobie odmówić możliwości zobaczenia na własne oczy tych największych kotów świata, których na wolności pozostało naprawdę niewiele. Denali Wszyscy na Alasce mówią o tym miejscu, wszyscy turyści albo się tam wybierają, albo właśnie stamtąd wracają. Raczej unikam tak rozreklamowanych miejsc, jednak tym razem zdecydowałem się je odwiedzić. W końcu to najbardziej znany park narodowy na Alasce, a to za sprawą znajdującego się na jego terenie Mount McKinley (6194 m zaliczanego do Korony Ziemi. W przewodnikach znajdziemy mnóstwo informacji o fantastycznej przyrodzie i dzikich zwierzętach tego parku, ale w zasadzie to samo ma do zaoferowania każdy park, niekoniecznie narodowy, na Alasce. Postanowiłem skonfrontować zapewnienia przewodników z rzeczywistością. Muszę przyznać, że już podróż autokarem z Anchorage do Denali jest atrakcją samą w sobie. Trasa Alaska Highway wije się malowniczo między górami i dolinami. – Macie szczęście – słowa kierowcy potwierdziły to, z czego zdążyłem już zdać sobie sprawę – przy tak ładnej pogodzie z pewnością w czasie podróży zobaczymy McKinleya. Super, myślę sobie, tylko że już gdzieś to słyszałem. Jednak po kilku godzinach ośnieżony szczyt pojawił się na wprost naszej Highway. Kierowca zjechał na pobocze i dał nam chwilę na zrobienie zdjęć. – Don't cross the road – krzyknął za nami niczym dobry opiekun, gdy w pośpiechu opuszczaliśmy autokar żądni jak najlepszych zdjęć. Po chwili jechaliśmy dalej jako dumni posiadacze fotografii na tle najwyższej góry Ameryki Północnej. Niestety było jedno "ale". Otóż w miejscu naszego postoju stała przydrożna lampa i na zdjęciu McKinley idealnie się pod nią wpasował. Zachciało mi się śmiać, jak sobie pomyślałem, że będę kiedyś pokazywał te zdjęcia, tłumacząc, że to jest właśnie ten słynny szczyt... tak, ten pod lampą. Z samego pobytu w Denali najlepiej zapamiętam nocleg. W namiocie, na skraju tajgi, w parku narodowym, który szczyci się liczną populacją niedźwiedzi. Muszę przyznać, że było to emocjonujące doświadczenie. Każdy szmer usłyszany w nocy pobudzał wyobraźnię. Przyznaję, że warto było odwiedzić ten park, mimo że pogoda nie sprzyjała już tak bardzo i wszędzie kłębiły się tłumy turystów. Uciekłem od nich dalej na północ, do Fairbanks. Fairbanks Zmieniłem środek transportu – przesiadłem się na pociąg. Podróż koleją po Alasce do tanich nie należy, dlatego zdecydowałem się na przejazd krótkiego odcinka (ok. 200 km). Cała trasa liczy 760 km i biegnie z miasta Seward na południowym wybrzeżu, przez Anchorage i Denali aż do Fairbanks. To atrakcja turystyczna. Turyści siedzą w przestronnych, przeszklonych wagonach i podziwiają niesamowite krajobrazy oraz naturę nietkniętą ręką ludzką. Dodatkowo z głośników na bieżąco podawane są informacje o tym, co właśnie można zobaczyć za oknami. Właśnie w takich miłych i komfortowych warunkach dotarłem do Fairbanks. Zwiedzanie miasta rozpocząłem od uniwersytetu (stęskniłem się za studiami :). A na poważnie – udałem się do Museum of the North zlokalizowanego na uniwersyteckim kampusie. Ten nowoczesny obiekt położony na wzgórzu już z daleka przyciąga uwagę. Wewnątrz wrażenie jest równie duże – są tam zbiory po pierwszych mieszkańcach Alaski, którzy przybyli na kontynent amerykański przez Cieśninę Beringa, wiele pamiątek jeszcze z czasów, kiedy Alaska należała do Rosji. Zapisane cyrylicą dokumenty, stroje charakterystyczne dla mieszkańców Syberii czy też elementy wyposażenia cerkwi prawosławnych nie pozwalają zapomnieć, że jeszcze w XIX w. ówczesne Imperium Rosyjskie sięgało aż tutaj. Kolejnym miejscem, do którego się udałem, było… muzeum (nie, nie chcę zostać kustoszem, po prostu odwiedzane przez mnie placówki odbiegają od standardowych wyobrażeń o tego typu obiektach). Najpierw Ice Museum. W części wystawy panuje temperatura – 8 stopni Celsjusza, jest możliwość dotknięcia lodowych rzeźb, stanięcia za lodowym barem, do tego projekcja filmu pokazującego coroczne zmagania w mistrzostwach świata w rzeźbieniu w lodzie. Ostatnim muzeum na mojej liście było Fairbanks Community Museum poświęcone gorączce złota. Zdjęcia pokazujące statki rzeczne pełne ludzi zmierzających na północ w poszukiwaniu kruszcu i lepszego życia naprawdę robią wrażenie. Podobnie jak największa katastrofa w historii miasta, czyli powódź z 1967 r., w czasie której większa część Fairbanks została zalana i kompletnie zniszczona. Po tym wydarzeniu podjęto decyzję o budowie w górze rzeki Chena systemu zapór, aby nigdy więcej nic podobnego się nie wydarzyło. No dobrze, wystarczy już tych muzeów. Dla odmiany wybrałem się więc na spacer nad rzekę Chena i do Parku Pionierów. Można w nim znaleźć, przeniesione niemal w nietkniętym stanie, pierwsze domostwa powstałe w mieście. Odtworzone zostało również centrum z początku XX w. Stoi tam statek rzeczny, którym przez wiele lat kolejni osadnicy przybywali do Fairbanks. Zaglądam też do kopalni złota. Nie jest to niestety prawdziwa kopalnia, lecz jej kopia stworzona na potrzeby turystów. Niemniej jednak wrażenia są podobne. Wracając z parku, zatrzymałem się jeszcze na chwilę nad Cheną. Był ciepły letni wieczór, rzeka płynęła spokojnie. Usiadłem na brzegu i pogrążyłem się w rozmyślaniach. Powoli żegnałem się z Alaską. Spędziłem tu dokładnie siedem tygodni. Tylko i aż chciałoby się powiedzieć. Z jednej strony tylko, bo planowałem zostać trochę dłużej, ale jak to zwykle bywa życie zweryfikowało wszelkie plany. Z drugiej strony aż, bo czas spędzony tutaj pozwolił mi zobaczyć kawałek innego świata i przeżyć przygody, które z pewnością długo będę pamiętał. Tekst i zdjęcia: Marcin Matyja Troje ludzi pod osłoną nocy wchodzi do jednej z rezydencji znajdujących się w willowej dzielnicy Damaszku. Potężny budynek skrywają przed wzrokiem osób niepożądanych rosnące w ogrodzie rozłożyste drzewa. Od progu na przybyszów czeka już Anisa Asad. Była pierwsza dama Syrii wita trójkę swoich dzieci i zaprasza je do środka. Do domu matki, oprócz prezydenta Baszara Asada, przyszli także jego brat Mahir, dowódca Gwardii Prezydenckiej, i ich starsza siostra Buszra. Cała czwórka spotkała się po to, żeby znaleźć odpowiedź na jedno kluczowe pytanie: jak zareagować na wielotysięczne antyrządowe demonstracje, do których dochodzi w całym kraju. Rodzina podczas całonocnej narady debatuje prawdopodobnie, czy lepiej zaoferować niezadowolonym obywatelom reformy czy może jednak użyć przeciwko protestującym sił bezpieczeństwa. Choć dziennikarze „Guardiana", którzy opisali to spotkane z początku 2011 roku, nie znają jego dokładnego przebiegu, można się domyślać, którą opcję wybrali Asadowie. W połowie marca wojsko otwiera ogień do protestujących. Padają zabici i ranni. Przesłanie jest jasne: rodzina zdecydowała, że pod żadnym pozorem nie może oddać władzy i wpływów, które mąż i ojciec budował przez tyle lat. Wyśniona kariera Gdyby Hafiz Asad nagle ożył, wyszedł z grobowca i zobaczył, co się dzieje z jego krajem, dostałby natychmiast ataku serca. Syn Baszar w ciągu kilku lat zrujnował to, co ojciec, który zawsze był zdecydowany, charyzmatyczny i brutalny, budował przez lata. Hafiz nigdy nie cofał się przed niczym, by zdobyć i zabezpieczyć dla rodziny władzę nad Syrią, a kraj uczynić regionalną potęgą. Urodził się w 1930 roku w wiosce Kurdaha na północy kraju jako dziewiąte z jedenaściorga dzieci chłopa Alego Sulejmana. Choć uboga, jego rodzina była szanowana w okolicy dzięki dziadkowi Hafiza Sulejmanowi, znanemu jako Wahhisz, co znaczy Dziki Człowiek. Mężczyzna był słynnym siłaczem i nie miał sobie równych w zapasach tureckich, a walki, w których dusił przeciwników i łamał im kości, przyciągały dziesiątki widzów. Nazwisko Asad, co po arabsku znaczy lew, przyjmuje dla rodziny dopiero ojciec Hafiza, który dzięki współpracy z francuską władzą kolonialną z chłopa zostaje lokalnym urzędnikiem. Ponieważ status rodziny się poprawia, młody Hafiz zostaje wysłany do liceum w mieście Latakia, gdzie jako pilny uczeń wygrywa nawet olimpiadę szkolną. Po wyrwaniu się z rodzinnej wsi szybko zaczyna swoją przygodę z polityką. W wieku zaledwie 16 lat zostaje członkiem socjalizującej partii Baas i jest odpowiedzialny za organizowanie politycznych wieców studentów. Po skończeniu szkoły przyszły prezydent chce zostać lekarzem, ale jego rodziny nie stać na drogie studia medyczne w Bejrucie. Nie chcąc wracać do rodzinnego gospodarstwa i szukając szansy na rozwój, Hafiz zaciąga się do Syryjskich Sił Powietrznych. Kilka lat później, będąc już porucznikiem, żeni się ze swoją dawną miłością szkolną Anisą Machluf, co nie podoba się rodzinie dziewczyny. – Machlufowie stali w hierarchii społecznej wyżej od Asadów. Dla ojca Anisy to małżeństwo było mezaliansem – tłumaczy prof. Jerzy Zdanowski, historyk Bliskiego Wschodu z Instytutu Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych PAN. W końcu dziewczynie udaje się przekonać ojca, żeby wydał zgodę na ślub. Asadowie od początku tworzą udany związek. Jak pisze Patrick Seale, autor jednej z najlepszych biografii Hafiza „Asad of Syria: The Struggle for the Middle East", Anisa była dla męża powierniczką w najtrudniejszych chwilach jego życia. Nie odstępuje go na krok także wtedy, gdy w końcu mąż sięga po władzę. W 1963 roku wraz z innymi oficerami związanymi z partią Baas uczestniczy w puczu, który wynosi do władzy polityków tego ugrupowania. W nagrodę za pomoc w przewrocie 33-latek zostaje dowódcą Syryjskich Sił Powietrznych. Trzy lata później dochodzi do kolejnego przewrotu, tym razem spowodowanego konfliktami w kierownictwie partii. Hafiz, który wie, po której stronie barykady stanąć, dostaje w nowo powstałym gabinecie tekę ministra obrony. Rząd wyłoniony po tym zamachu ma socjalistyczny charakter i nawiązuje bliskie relacje ze Związkiem Radzieckim. Choć Asad zajmuje w nim, wydawałoby się, jedno z kluczowych stanowisk, w rzeczywistości jego władza jest niewielka. Krajem rządzi jego przyjaciel i główny organizator puczu, generał Salah Dżadid. Hafiza przed dalszą marginalizacją chronią wydarzenia roku 1967. Wtedy po przegranej wojnie z Izraelem Syria traci kontrolę nad Wzgórzami Golan, kluczowymi ze względów strategicznych. Po dotkliwej porażce w łonie rządzącej partii Baas rozpoczyna się polowanie na czarownice. Władze cywilne, do których należy Dżadid, winą za stratę obarczają wojskowych, w tym Hafiza. Im bardziej spór narasta, tym bardziej oddalają się od siebie Asad i Dżadid. Różnią się już nie tylko w kwestiach wojskowych, ale również politycznych i społecznych. Jak zauważa w swojej książce Patrick Seale: „do tego momentu Hafiz jest postrzegany jako karny żołnierz, który nie ma ambicji zostać numerem jeden w państwie". Teraz, kiedy podziały narastają, Asad zaczyna budować zaplecze polityczne. W krótkim czasie obsadza swoimi ludźmi coraz więcej stanowisk w armii. W Syrii narasta kryzys. Naprzeciwko siebie stoją władze cywilne oraz służby specjalne kierowane przez Salaha Dżadida i wojsko dowodzone przez Hafiza. Kiedy do wybuchu wojny domowej brakuje małej iskry, żona Asada opowiada mężowi, który właśnie wrócił do domu, o śnie, jaki miała poprzedniej nocy. Anisa widzi w nim dziwny przedmiot leżący na ulicy. Kobieta podchodzi do niego i zauważa, że to pudełko z dziurką. Kiedy do niej zagląda, jej oczom ukazuje się święty dla muzułmanów meczet Al-Aksa w Jerozolimie. We śnie Anisa podnosi pudełko, a kiedy się odwraca, za jej plecami stoi Hafiz, któremu podaje przedmiot. „To oznacza, że pokonasz swoich wrogów i będziesz najsilniejszym ze wszystkich liderów państw arabskich" – tłumaczy mężowi znaczenie snu. Choć nie wiadomo, czy pani Asad miała zdolność jasnowidzenia, jej sen okazuje się proroczy. W grudniu 1970 roku Hafiz decyduje się na ostateczny krok i sięga po całą władzę. Wierne mu wojska otaczają budynek, w którym obraduje partyjny kongres, i aresztują wszystkich jego przeciwników. Wspólnych obiadów nie było Syryjczycy dostrzegli w Hafizie nadzieję na stabilizację kraju, ciągle nękanego zamachami stanu i kłótniami polityków. Na zdjęciu zrobionym krótko po przejęciu władzy widać Asada pozdrawiającego tłum zwolenników. Ubrany w garnitur, z przedziałkiem na prawo i elegancko przystrzyżonym wąsem, smukły mężczyzną o pozie wojskowego pozdrawia rozentuzjazmowany tłum. Pierwszym ruchem nowego przywódcy jest objazd kraju i spotkania z jego mieszkańcami. Krok, na który jeszcze nigdy w historii nie zdecydował się żaden syryjski polityk. Poznając żale i problemy ludzi, Asad staje się postacią rozpoznawalną i szanowaną. Żeby zdobyć przychylność wpływowych duchownych, modli się nawet w sunnickim meczecie, mimo że sam należy do sekty alawitów. Opozycji w partii Hafiz daje z kolei jeden prosty wybór: albo są z nim, albo spadną na nich represje. Drugiej szansy nie będzie. W końcu na początku 1971 roku czuje się na tyle pewny, że mianuje się prezydentem. Na początku rządów Hafiza w Syrii ma miejsce liberalizacja życia politycznego, ale z czasem prezydent staje się coraz bardziej bezwzględnym despotą, a w kraju zaczyna panować kult jednostki. Place i parki noszą jego imię, ze ścian i plakatów spogląda na przechodniów jego twarz, a dzieci w szkołach śpiewają dla niego pochwalne piosenki. Hafiz rządzi niezwykle twardą ręką. Opozycjoniści są aresztowani, torturowani i zabijani, a służby specjalne, znane jako Mukhabarat, stają się wszechwładne. Wszelkie bunty społeczne topi we krwi, czego przykładem jest masakra w Hamie. W 1982 roku w mieście wybucha powstanie kierowane przez Bractwo Muzułmańskie, które nawołuje do religijnej wojny ze świecką władzą. Prezydent posyła do miasta wojsko dowodzone przez jego brata Rifata. W wyniku pacyfikacji Hama zmienia się w ruinę, a życie traci nawet 25 tysięcy osób. Polityk otacza się kręgiem najbardziej zaufanych doradców, a na kluczowych stanowiskach w armii i biznesie obsadza rodzinę. Przy tym wszystkim nie lubi w swoim otoczeniu nowych twarzy. Ponoć Hafizowi nawet kawę przez 30 lat parzył ten sam człowiek. Przez cały okres rządów ma dwa cele. Pierwszy to uczynić z Syrii regionalne mocarstwo, o którego losach nie będą decydowały żadne inne państwa. I w tym zakresie udaje mu się odnieść sukces. Do momentu jego śmierci Damaszek jest jednym z głównych rozgrywających na Bliskim Wschodzie. Drugi cel to ochrona rodziny i znalezienie wśród potomków tego, który będzie kontynuował dzieło ojca. Wszystkie dzieci Hafiza przyszły na świat, jeszcze zanim ten został prezydentem. W 1959 roku urodziło się wyczekiwane przez Asada pierwsze dziecko – córka Buszra. Krótko po porodzie dziewczynka choruje i umiera. Ojciec bardzo przeżywa tę stratę. Jeden ze znajomych powie potem, że widział Hafiza, jak klęczy przy łóżku córki, kompletnie rozbity, i płacze. Rok po tej tragedii Asadom rodzi się druga córka. Szczęśliwi rodzice dają jej również imię Buszra. Dwa lata później polityk ma już syna Basila. W 1965 roku Anisa wydaje na świat drugiego syna, Baszara, po którym w odstępach roku rodzą się jeszcze Madżid i najmłodszy Mahir. Na wspólnym zdjęciu z początków prezydentury widać Hafiza, jak bawi się z synami. Czterech chłopców z uśmiechem na pucułowatych buziach zerka w stronę obiektywu. Siedzący pośrodku dumny ojciec łaskocze jednego z nich. Obraz jest niemal idylliczny, ale jak pisze w biografii prezydenta Patrick Seale, od czasu, kiedy Asad przejął władzę, przestał mieć czas dla rodziny. Skończyły się wspólne wakacje, obiady i zabawy. Polityk pracuje często po 14 godzin dziennie, jeździ po kraju albo za granicę. Basil w prywatnej rozmowie zwierzy się kiedyś Seale'owi: „Widywaliśmy co prawda ojca w domu, ale był tak zajęty, że przez trzy dni potrafiliśmy nie zamienić słowa. Jako rodzina nie jadaliśmy razem śniadań ani kolacji, a kiedy w wakacje spędzaliśmy wspólnie dwa dni poza miastem, większość czasu był w swoim biurze". Kiedy już ojciec jest w domu, rządzi nim twardą ręką, podobnie jak krajem. Żąda pełnej lojalności i nie toleruje narzekań dzieci. Obrazu ojca dopełni Baszar, który swojemu biografowi, profesorowi Davidowi Leschowi, powie: „Nie był typem człowieka, który powie »brawo, świetna robota«. Raczej wyliczy, co zrobiłeś źle". Nieobecnego i zimnego ojca zastępuje rodzeństwu dominująca matka. To ona ma ostateczny głos w sprawach domowych, co wynikało również z wzorów kulturowych. – W świecie arabskim jest wyraźny podział ról społecznych między płciami, co wyraża się w tym, że w domu najczęściej rządzi kobieta, a jej zdanie jest niepodważalne, zwłaszcza jako matki – przypomina prof. Zdanowski. Anisa wychowuje więc dzieci i obserwuje, jak rosną i zaczynają się różnić. Basil i jego siostra Buszra są najbardziej podobni do ojca. Inteligentni, zdeterminowani, zimni i żądni władzy, mają najlepszy kontakt z głową rodziny. Mahir z kolei jest najbardziej porywczy i bezwzględny z całego rodzeństwa. O Madżidzie wiadomo najmniej. Według pałacowych plotek od dzieciństwa ma problemy natury psychicznej, ale pewnych informacji brak, ponieważ Hafiz silnie strzeże prywatności rodziny. Na tym tle bardzo wyróżnia się Baszar. Jak przypomina w „The Huffington Post" dr Majid Rafizadeh, wykładowca Uniwersytetu Harvarda, drugi syn prezydenta ma naturę mola książkowego. Bardziej od wielkiej polityki pociąga go nauka i komputery. Wstydliwy, wycofany i małomówny, nie ma charyzmy ani ambicji braci. W rozmowie z „CNN" były wiceprezydent kraju powie, że z powodu swojej skrytości chłopiec jest gnębiony przez najstarszego z braci, Basila. Nic dziwnego, że Baszarowi zawsze bliżej jest do matki niż do ojca. Anisa dba o dzieci i chce, żeby odebrały jak najlepsze wykształcenie, ale – inaczej niż inne rodziny arabskich autokratów – nie posyła ich do zagranicznych szkół. Buszra, ukochana córka Hafiza, robi doktorat z farmakologii na Uniwersytecie w Damaszku. Basil studiuje mechanikę, Mahir kształci się na przedsiębiorcę, a Madżid chce zostać inżynierem. Baszar jest zakochany w medycynie. Po liceum rozpoczyna studia na Uniwersytecie Medycznym, a później specjalizuje się w okulistyce w szpitalu wojskowym w Damaszku. W 1992 roku wyjeżdża do Londynu, gdzie w Western Eye Hospital zostaje rezydentem kliniki okulistyki. Mniej więcej w tym czasie Hafiz Asad podejmuje decyzję, które z dzieci będzie jego następcą. Wybór pada na najstarszego syna Basila. Przystojny, wygadany, wysportowany i zainteresowany polityką, napełnia ojca dumą. Żeby przygotować go do bycia prezydentem i zapewnić mu szacunek wśród doradców, ojciec mianuje go dowódcą Gwardii Prezydenckiej. Sznyty polityczne zdobywa z kolei, reprezentując Hafiza za granicą. W Genewie z prezydentem Clintonem rozmawia o porozumieniu pokojowym z Izraelem. W całej Syrii tuż obok wizerunków ojca pojawia się uśmiechnięta twarz Basila w mundurze. Nieuchronny znak, że to na pewno on już niedługo przejmie rodzinne imperium. Złe wykończenia W styczniowy poranek 1994 roku sportowy mercedes pędzi zamgloną autostradą w stronę lotniska w Damaszku. Kierowca – Basil Asad – jedzie ze zbyt dużą prędkością, nie zauważa zjazdu z drogi, uderza w barierkę bezpieczeństwa i ginie. W górującym nad stolicą pałacu prezydenckim mimo żałoby trwa dyskusja, który z synów powinien być teraz wytypowany na następcę. „The Economist" pisze, że Anisa optowała za najmłodszym z synów, Mahirem. Starzejący się i cierpiący na coraz większe problemy z sercem Hafiz oponuje i na następcę wybiera Baszara. – Prezydent dostrzegał, co się dzieje na świecie. Upadł ZSRR, dotychczasowy sojusznik Asadów. W krajach arabskich postępowała liberalizacja gospodarcza i otwieranie się na Zachód. Hafiz zrozumiał, że Syrią musi rządzić człowiek bardziej wyważony i lepiej znający Zachód niż porywczy Mahir – tłumaczy tę decyzję prof. Zdanowski. Baszar, choć nie ma ambicji do rządzenia i najchętniej zostałby w Londynie, gdzie kocha przesiadywać w kameralnych restauracjach, ulega ojcu i wraca do kraju. Przez sześć lat uczy się, jak z okulisty stać się władcą 22-milionowego kraju. Szkolenie nie jest jeszcze ukończone, kiedy w 2000 roku umiera najpotężniejszy człowiek w Syrii. Po śmierci Hafiza prezydentem zostaje 35-letni wówczas Baszar. Choć tak bardzo różni się od ojca, bardzo szybko uczy się brutalnych metod rządzenia Hafiza, w czym pomaga mu krąg doradców, wśród których prym wiodą matka, siostra i brat. Podobnie jak senior najważniejsze stanowiska w wojsku i biznesie obsadza członkami rodziny. Kuzyn matki, Rami, w krótkim czasie zostaje właścicielem dwóch banków, stacji telewizyjnych i firm budowlanych. Mąż Buszry dostaje nominację na wiceministra obrony, a brat Ramiego, Hafiz, jest jednym z szefów wywiadu. Nad jednością osłabionej stratą ojca i Basila familii czuwa Anisa. Jak piszą dziennikarze „Guardiana", aż do wybuchu arabskiej wiosny matka organizuje w każdy piątek wspólne obiady, na których rodzina omawia bieżącą sytuację. To na podobnych spotkaniach Anisa i Buszra, wraz ze starymi doradcami ojca, miały naciskać na prezydenta, żeby zdecydowanie rozprawił się z antyrządowymi demonstrantami. Kiedy protesty, których Baszar pozbawiony umiejętności ojca nie umie opanować, przeradzają się w krwawą wojnę domową, matka i siostra wyjeżdżają do Dubaju, gdzie mieszkają po dziś dzień. Można tylko przypuszczać, że są w stałym kontakcie z synem i bratem. W Syrii zostaje żona i brat Mahir, który jako dowódca Gwardii Prezydenckiej walczy z powstańcami tak samo „skutecznie" jak jego wujek w Hamie 30 lat wcześniej. Baszar żeni się krótko po zaprzysiężeniu z poznaną w Anglii Asmą Achras. Młoda, piękna Brytyjka jest córką szanowanego w Londynie kardiochirurga syryjskiego pochodzenia. W momencie gdy decyduje się przyjąć oświadczyny przyszłego męża, ma już dobrą pracę analityka w jednym z banków. W rozmowie z „Vogue" powie: „Zrezygnowałam z pracy tuż przed ślubem. Mój szef myślał chyba, że mam załamanie nerwowe. Nikt nie rzuca pracy w momencie, gdy tak dobrze mu idzie". Śliczna, inteligenta i pełna klasy Asma szybko podbija serca dużej części Syryjczyków. Magazyn „Vogue" okrzyknie ją mianem Róży na Pustyni. Pierwsza dama udziela się charytatywnie, pomaga najuboższym i spotyka się z wychowankami domów dziecka. To zachowanie ma być zresztą powodem kłótni z Buszrą, która go nie pochwala. Żona rodzi Baszarowi trójkę dzieci: Zajnę, Hafiza i Karima. Profesor David Lesch, biograf prezydenta, pisze na łamach „The Sunday Telegraph", że Asadowie chcieli stworzyć dzieciom jak najnormalniejszy dom. Wyjeżdżają na wakacje do Europy, bawią się razem, a kiedy tylko mogą, zabierają je ze sobą do pracy. Cokolwiek by się działo, każde z nich stara się spędzić z dziećmi odpowiednią ilość czasu. To z okresu tej idylli przed 2011 rokiem pochodzą zdjęcia, na których Baszar z przejęciem bawi się z jednym z synów samochodzikiem zabawką. W momencie wybuchu wojny domowej ta sielanka się kończy. Część ekspertów twierdzi, że pierwsza dama stara się tego nie dostrzegać, co tworzy kuriozalne sytuacje. Świadczą o tym prywatne e-maile pary prezydenckiej, które do brytyjskich gazet przesłała syryjska opozycja. Z wiadomości wynika, że kiedy w Syrii z rozkazu jej męża codziennie ginęły setki ludzi, Asma zamawiała w sklepie w Paryżu cztery naszyjniki z diamentami. W innym e-mailu skarży się, że warte tysiące dolarów świeczniki i stoły, które kupiła, mają niepasujące do siebie wykończenia. Jak pierwsza dama próbuje tłumaczyć sobie okropieństwa, które się wokół niej dzieją? Zdaniem jej znajomego z dawnych lat i analityka CNN Andrew Tablera Asma niczego nie racjonalizuje. Wie, co się wokół niej dzieje, ale nie ma wpływu na decyzje męża. Jest z nim, ma z nim dzieci i pozostanie do końca. Tego jeszcze nie widać, ale Baszar, który tak brutalnie walczy o resztki rodzinnej władzy, wciąż nie dostrzega, że Syrii Asadów już nie ma. PLUS MINUS Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”: tel. 800 12 01 95 Na to pytanie trudno jest odpowiedzieć inaczej niż twierdząco. Postaram się podzielić z Wami, dlaczego wybraliśmy to miejsce. Co nas urzekło, a co nas rozczarowało. Czy łatwo jest mieszkać tutaj w starym domu? Mogłabym tak wymieniać pewnie jeszcze długo, ale do brzegu (tfu do szczytu!). Minęło 11 miesięcy od kiedy postanowiliśmy spakować nasz dobytek życia i zamieszkać u Podnóża Karkonoszy. Pamiętacie nasz początek (klik!)? Teraz, kiedy nasze korzenie przytwierdziły się do podłoża zaczynamy trzeźwo oceniać sytuację. Wiadomo, że pierwsze wrażenie jest zupełnie inne, ale czy na pewno? Oczywiście są tu rzeczy, które kochamy, a są i takie, które doprowadzają mnie do łez i wówczas przeklinam dzień, kiedy to wpadłam na pomysł żeby kupić dom w górach! Wiecie no, samo życie bejbe! Opowiem Wam o tym, dlaczego chcemy tu mieszkać i nie myślimy o znalezieniu nowego miejsca 🙂 1. SPOKÓJ To góry sprawiają, że każdego dnia budzimy się, robimy kawę i gapimy się w okno. Dla tego widoku planujemy na anstresoli zamienić jedną ścianę na wielką taflę szyby – wtedy bęziemy siadać i gapić się w nieskończoność… Monumentalność Karkonoszy zapiera mi dech za każdym razem, i w każdą pogodę. Jak jest mgła, to też mnie zachwyca – nie wiem czy to normalne, ale zdecydowanie nieszkodliwe 😉 Lubię się gapić na góry, usiąść z kubkiem kawy i wyciszyć się. Tu idealnie mi się pracuje, tu powstają najlepsze pomysły i najłatwiej mi jest się skupić. Sąsiedzi w ciągu dnia są w pracy, dzięki czemu we wszystkie ciepłe dni możemy siedzieć na tarasie i rozkoszować się tym, co nas otacza – ciszą i spokojem. Obserwować ptaki, nawet taki myszołów przestaje być groźny, a miło jest patrzeć na jego wielkie skrzydła, kiedy kołuje nad naszym ogrodem (tylko na szczeniaczki musimy bardzo uważać). To wszystko spowodowało wyciszenie się i lepsze samopoczucie psychiczne. 2. TRASY SPACEROWE Wychodzimy z domu i w którą stronę nie pójdziemy, to jesteśmy na szlaku. Wciąż odkrywamy nowe trasy blisko domu, dzięki czemu nawet zwykły godzinny spacer z psami staje się obłędnie piękny. Wychodzimy z domu prosto w góry. To jest najpiękniesza rzecz na świecie. Czuję się, jak bohater Klanu z Alaski – dookoła mnie góry, co prawda nie mamy śniegu cały rok a i góry są niższe i cywilizacja jest, ale poczucie bliskości natury jest to samo! Samo chodzenie po górach sprawia nam wielką przyjemność. Za każdym góry wyglądają inaczej. Inne światło, inne kolory, inne niebo. Czy można czerpać z tego przyjemność? Jak widać wielką. Jestem w stanie zachwycać się skałami i roślinami, o widokach nawet nie wspominam. Oczywiście czasami przeklinam i wściekami się, jak idziemy ostro do góry i moje nogi mówią „dalej nie kroku”. Zaciskam zęby i idę dalej i wyżej, byle dotrzeć na szczyt. A tam czeka największa nagroda – piękny widok 🙂 3. JEDZENIE Nigdy w zyciu nie jadłam tak pysznego chleba, jak ten z miejscowej piekarni. O jego walorach smakowych mówią też nasi goście. Uwielbiam rano wejść do piekarni, poczuć zapach domowego pieczonego chleba. Zaraz ktoś z Was powie, że nie tylko tu są piekarnie. Oczywiście. Ale naprawdę tu jest najlepszy chleb, jaki kiedykolwiek jadłam! Chleb Karkonoski polecam każdemu, a i inne wypieki z naszej piekarni są wyśmienite. Sery, sery, sery. Świeże owcze i kozie sery. Niedaleko, bo w Świeradowie jest bacówka, w której można nabyć świeże owcze sery. Oczywiście to nie sklep z cukierkami, w związku z tym asortyment każdego dnia może być różny. Warto zadzwonić i zapytać, a na pewno baca Wam coś poleci. Kupujemy również sery kozie. Nie takie marketowe coś, tylko świeże pyszne sery i jogurty! Ja jako osoba, która nietoleruje laktozy mam tu, jak w raju 🙂 4. LUDZIE I TEMPO ŻYCIA Nie muszę chyba mówić o tym, że ludzie tu kochają góry i mogą gadać o nich godzinami. Chętnie dzielą się pięknymi miejscami, chętnie opowiadają historie miejscowe. Dla nas jest to bardzo miła odskocznia od wielkiego miasta, które pędzi 24/7. Tam ludzie znali się z widzenia (głównie psiarze) i to na tyle. Tu ludzie znając się z widzenia mówią z uśmiechem „dzień dobry”. I nie jest to kurtuazyjne przywitanie, a szczere i z uśmiechem. Wielu pasjonatów gór, których spotykamy na naszej drodze to cudowni ludzie. Uśmiechnięci, zawsze zagadają do psów. Jest nam miło, że jesteśmy tu już niemal „swoi”, ba nawet panowie pod sklepem machają nam na powitanie i pożegnanie (ach, ta butelka podarowanego piwa zbliża ludzi tak bardzo). No i to co najpiękniejsze dla mnie – nikomu się nigdzie nie spieszy! W kolejce w sklepie rozmowy, w warzywniaku Pani wybiera Ci najlepszy towar, bo pochwaliłaś jej ostatnią poradę kulinarną. Ot takie nasze drobne dostrzeganie piękna otaczającego nas świata. Dwoje ludzie, 4 cardigany i domek w Karkonoszach. Brzmi jak bajka? Zapewniamy Cię, że nie. Zapraszamy do naszego świata psów, gór i wiejskiego życia. {"type":"film","id":769298,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/tvshow/Klan+z+Alaski-2014-769298/tv","text":"W TV"}]} powrót do forum programu Klan z Alaski 2016-11-23 17:01:28 ocenił(a) ten program na: 4 Oglądam, bo lubię życie takich ludzi. Natomiast cała ta - skądinąd sympatyczna - rodzina Brownów, zwyczajnie pajacuje przed kamerami i więcej w nich aktorzenia, niż prawdziwych osobowości. Jest tam mnóstwo sztucznie stworzonych scen. Na przykład z psem wpadającym "przypadkiem" do wody. A już najbardziej irytuje mnie ten, co udaje małpę. Naprawdę, są pewne granice mnie w takim razie czy rzeczywiście nie wróciliby już dawno do normalnego życia, gdyby nie zostali aktorami. Bo gołym okiem widać, że teraz żyją właśnie aktorstwem - i to ich najbardziej wiele bardziej autentyczne są rozmaite postaci z serialu "W okowach mrozu". mordachamordasinski Mają swoją osobowość i ten co lata po drzewach akurat taki jest. Mnie natomiast najbardziej denerwują sceny w których oni opowiadają o wydarzeniach, które właśnie obejrzeliśmy i to w czasie rzeczywistym. Nie dość że jest to zabieranie czasu serialowi, to jeszcze opowiadają spisane kwestie bo przecież cała historia jest spójna z filmem nagranym dni, tygodnie wcześniej. Sama koncepcja serialu jest super, aczkolwiek jest bardzo komercyjna co świadczą chociażby protesty rdzennych mieszkańców Alaski na pojawianie się ekipy filmowej. Mimo wszystko jest to jakiś smaczek życia w dziczy , chociaż dla mnie królem takich filmów i survivalu pozostaje Ed Stafford. mordachamordasinski Chyba ich jednak nie rozumiesz, ale to nie dziwne, mieszczuch ma problem z takimi ludzmi, oni z drugiej strony pewnie nie rozumieliby tego poukladanego "normalnego" zycia. Mnie tylko zastanawia, czy przypadkiem ekipa Discovery nie okrada ich z zyskow z tej serii podpisujac z nimi jakas smieszna umowe po to tylko, zeby mieli problemy i bylo wciaz "ciekawie"... shivar Bez obaw, ja całkiem sporo życia spędziłem i nadal spędzam w "dziczy" ;). Niestety, nie mogę nie być w stosunku do nich krytyczny, bo czym innym jest samodzielna decyzja o takim życiu, a czym innym robienie swoim dzieciom wody z mózgów i pozbawianie ich de facto możliwości wyboru. Bo te dzieciaki nie specjalnie mają wybór, gdyż nie mają ani szkoły, ani zawodu. Są zakładnikami własnych rodziców i ich rojeń. I widać, że zaczynają się już buntować. Sorry, ale marzenia Amy o tym, że jej dzieci ściągną do tego Brown Town narzeczonych i pozakładają rodziny - to chora utopia. No, ale weź tu matce i ojcu spraw przykrość i zawód, prawda. Co do Discovery to nie mam pojęcia, ani Ty, jaką mają z nimi umowę, ale na pewno Brownowie za darmo tego wszystkiego nie robią. Gorzej kiedy serial dobiegnie końca i zabraknie pieniążków, zwłaszcza na leczenie zębów, urazów itp. Bo żeby dostać od rządu swoją działkę dolarów za to, że jesteś mieszkańcem Alaski, to musisz pokazać rachunki lub bilety samolot/autobus, że co najmniej 4 razy w roku korzystałeś ze środków masowej komunikacji. Tak, że oni brną w utopię żyjąc na krawędzi i robią to również swoim dzieciom. Oni nie są ludźmi szczęśliwymi, tylko na takich pozują. Przynajmniej takie jest moje zdanie. mordachamordasinski czy sa szczescliwi, czy nie, to juz nie nam oceniac, z pewnoscia sa ze soba bardzo zżyci, a to juz jest wartosc sama w sobie, rzadka w dzisiejszym swiecie, jasne ze dzieciaki sa zakladnikami ich decyzji i przezywaja kryzys tozsamosci, buntu, ciezko im sie wyrwac z takiego zycia, bo innego nie znaja, ale tez nie sa trzymani sila...Zawsze moga sprobowac zycia na wlasna reke. Nie sledze dokladnie ich losow, ale wczoraj byl odcinek gdzie musieli porzucic swoje tereny (nie wiem czemu) i planuja sie osiedlic jeszcze bardziej na polnocy i budowac wszystko od nowa, jesli mieliby z tego programu jakies powazne profity, to przynajmniej starczyloby im na deski na nowy dom. Oczywiscie zawsze trzeba brac pod uwage, ze to program rozrywkowy i tak moze byc w scenariuszu, ale ja zakladam, ze tak nie jest i jesli cos jest oskryptowane to tylko jakies poszczegolne malo wazne wydarzenia...W kazdym razie przyjemna rodzinka i fajnie sie to oglada... shivar Tak, miło się ogląda, jeśli patrzymy na to jak mogłyby się spełnić nasze marzenia z lat młodości, bo naprawdę ja o takim życiu marzyłem, jak i wielu moich znajomych nastolatków. A jednocześnie kubeł zimnej wody, bo czym innym jest marzenie o czymś, a czym innym rzeczywistość. Brownowie są swego rodzaju też obrazem tego wszystkiego o czym ludzie naprawdę by marzyli, gdyby nie byli niewolnikami cywilizacji. Tej wrednej, brutalnej, agresywnej, technokratycznej i bezdusznej cywilizacji "postępu". A jednak są jej pionierami, bo robią dokładnie to co robili pierwsi biali ludzie na Alasce, którzy potem wynaleźli telefony komórkowe. Pokazują prawdziwe pragnienia ludzi, nieskażone - to prawda. Ale trudno mi ocenić na ile świadomie, bo jednak nie wierzę, że dorosły chłop ma zamiar całe życie skakać po drzewach - bo i po co jak zabraknie kamer, a zdrowie też nie jest wieczne ;).Tak, że... obraz niby sielankowy, ale jak się zastanowić, to... jednocześnie tragiczny. Bo tych ludzi czeka jeszcze bardzo wiele przykrych rzeczy, a ponieważ bardzo ich lubię - tym bardziej mi ich żal. mordachamordasinski Skad tak niska ocena ludzi, ktorych nawet nie znasz??? Odnoszę wrażenie, ze typowa Polska zadrosc jak rowniez lekkomyslnosc za Tobą stoją, w sumie nic nadzwyczajmego... adamleon07 A skąd taka WYSOKA ocena ludzi, których nawet nie znasz? A jednocześnie krytyka mojej osoby, której nie znasz? Poza tym ja oceniam film jako całość, a ludzi osobno. Nie przyjąłem żadnych kryteriów - "niska", czy "wysoka" ocena. To skąd ją niby znasz?Ja napisałem co myślę - i tyle. A Ty pozwoliłeś sobie na hejt. mordachamordasinski Zaden hejt, a okreslenie, ktorego uzyles "pajacowanie" ma znaczenia perojatywne, stad moja sugestia mysle, ze sluszna o Twojej. niskiej ocenie bohaterow, a moze nie rozumiesz slow ktorych uzywasz, zatem proponuje sprawdzic slowo pajacowanie wujek google na pewno pomoze adamleon07 A i jeszcze jedno ja nie ocenilem ich bohaterow w zaden sposob to raczej Ty oceniles i to w sposob wedlug mnie kontrrsukkontrrsuk adamleon07 Kontrowersyjny i to tyle co chcialem dodac, a na temat hejtu nie bede sie wypowiadal szczegolnie w kontekscie tego co napisalem wyzej ps zwiariowal mi slownik stad blad w poprzednim wpisie, pozdrawiam adamleon07 Przestań, człowieku... I napij się kompotu, bo teraz to Ty pajacujesz. mordachamordasinski Interesujace naprawdę, typowy polski mordacha adamleon07 Typowy polski mordacha, ale to nie ja robię personalne wycieczki, tylko piszę post z treścią. Ty nie masz nic do powiedzenia w sprawie tego filmu, ani tych ludzi. Żadnych przemyśleń, tylko pusty hejt, więc spadaj już. mordachamordasinski niesamowite ! ! do prawdy ....bezceremonialny przejaw arogancji adamleon07 srancji... adamleon07 Co napisałeś na temat tego serialu tutaj, bezczelny arogancie? Nic. A ja napisałem. mordachamordasinski Czasem oglądam ale program - serial nie powala ,,,bo przyroda przyrodą ale ta rodzina to nic wielkiego nie widzę zachwytu Tymi osobami ale cóż na temat gustów się nie dyskutuje ,,, Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem mordachamordasinski Może jestem dziwny ale nigdy nie marzyłem o takim życiu prędzej marzyłem o życiu w wielkim mieście . Ja nie nawidzę być z dala od cywilizacji michalmakula A ja nienawidzę cywilizacji, zwłaszcza dużych miast, ale też nie mógłbym raczej żyć samotnie w jakiejś dziczy, bo już kiedyś tak żyłem i uczucie samotności jest tak nieznośne, że człowiek dostaje wariactwa. Tak, że nie dla każdego takie życie, nawet jeśli mu się zdaje, że tego chce. shivar Ludzie nie spinajcie sie, to wszystko sciema!Kiedys bylem na dluzyszym L4 po operacji i sie wkrecilem w ten "dokument", ale im dalej w las tym wiecej mi nie pasowalo... I pogrzebalem. Wy tez mozecie to zrobic ale trzeba szukac angielskich artykolow... To wszystko napisal ksiazke w 2007 roku ale sie nie sprzedawala. Zaczal wiec lazic po roznych stacjach TV az trafil do Discovery ktore sie zgodzilo nakrecic pseudo dokument na podstawie tej ksiazki. Tam jest mnostwo przekretow... Bodaj pierwsza lokalizacja nie byla w takim buszu jak utrzymywali tylko 1 km od najblizszej pizzerii i niewiele dalej od autostrady a do miasteczka mieli cos 15 km. A pokazywane to bylo jakby pol dnia lodzia musieli plynac... Browntown bylo wybudowane na wynajetej ziemi od bodaj burmistrza Hoonah ktory chcial rozpropagowac w ten sposob wyspa Chichagof przedstawiana jako totalna glusza jest bardzo popularna wsrod turystow (restauracje, sklepy pamiatkarskie, nawet muzeum) i mieli tam niedaleko ponoc z reguly mieszkala w hotelu lub pensjonacie kiedy nie bylo zdjęć i do gluszy przenosili sie tylko na czas kręcenia odcinkow. W jednym odcinku Matt przyznaje sie ze ma problem z alkoholem i ze SAM sie zdecydowal na odwyk. W rzeczywistosci tak balowal czesto w Juneau ze w koncu po pijaku autem dopiero co poznanej w barze laski rozwalil cos na parkingu WallMart. Za co policja go capnela i odwyk byl przymusowy. Samo Browntown bylo ponoc budowane przez wynajetych lokalesow a nie rodzine ktora tylko do zdjec lapala za mlotki...Z corką z 1 malzenstwa Billego ktorą na wizji niby zobaczyl pierwszy raz od 30 lat w rzeczywistosci utrzymywali kontakt od zostali w Discovery Alaskan Bush People byli wczesniej The Alaskan Wilderness Family i mieli wlasna strone www. Ale slaba kasa z tego byla wiec zmienili... Z tym wiezieniem tez sciema. Nie dosc ze naprawde nie mieszkali na stale na Alasce w czasie za ktory Alaska sie upomniala o niesluszne dywidenty (przed programem rodzina "pomieszkiwala" w wielu stanach w tym na Alasce) to jeszcze z wiezieniem tez jedno wielkie klamstwo bylo. Bam Bam w odcinku w ktorym wracaja po odbyciu kary powiedzial ze wreszcie moze zrobic wiecej niz 12 krokow (czy cos w tym stylu) a w rzeczywistosci wskutek ugody mial areszt domowy i UWAGA siedzial w ojcem miesiac w wygodnym hotelu z room service i basenem... I tego jest duuuzo wiecej. Wiec spokojnie bo to wszystko to serial za ktory rodzinka Brown zgarnia calkiem niezla kasiurkę:) Brehen ocenił(a) ten program na: 6 mordachamordasinski Jedyni w miarę normalni z tego rodzeństwa to te siostry i mięśniak. Spidermałpa ma definitywnie coś z deklem :) Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem Fritz75 I tam w tych Bieszczadach powinieneś pozostać, z dala od ludzi, bo wyraźnie Ci się nie powodzi wśród nich i w cywilizacji. Ja też wolałbym spotkać niedźwiedzia niż ciebie, bo zwierzę ma mniej agresji i więcej inteligencji i kultury w sobie niż ty. Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem Fritz75 Twoje prymitywne i chamskie zachowanie nie wskazuje na to, że jesteś osobą dorosłą, a raczej młodzieńcem mocno nadużywającym trunków i właściwie powinienem cię zgłosić do zablokowania konta, ale niech sobie wisi jako przykład słynnego zdania wypowiedzianego przez Stanisława Lema :) Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem mordachamordasinski Ludzie nie spinajcie sie, to wszystko sciema!Kiedys bylem na dluzyszym L4 po operacji i sie wkrecilem w ten "dokument", ale im dalej w las tym wiecej mi nie pasowalo... I pogrzebalem. Wy tez mozecie to zrobic ale trzeba szukac angielskich artykolow... To wszystko napisal ksiazke w 2007 roku ale sie nie sprzedawala. Zaczal wiec lazic po roznych stacjach TV az trafil do Discovery ktore sie zgodzilo nakrecic pseudo dokument na podstawie tej ksiazki. Tam jest mnostwo przekretow... Bodaj pierwsza lokalizacja nie byla w takim buszu jak utrzymywali tylko 1 km od najblizszej pizzerii i niewiele dalej od autostrady a do miasteczka mieli cos 15 km. A pokazywane to bylo jakby pol dnia lodzia musieli plynac... Browntown bylo wybudowane na wynajetej ziemi od bodaj burmistrza Hoonah ktory chcial rozpropagowac w ten sposob wyspa Chichagof przedstawiana jako totalna glusza jest bardzo popularna wsrod turystow (restauracje, sklepy pamiatkarskie, nawet muzeum) i mieli tam niedaleko ponoc z reguly mieszkala w hotelu lub pensjonacie kiedy nie bylo zdjęć i do gluszy przenosili sie tylko na czas kręcenia odcinkow. W jednym odcinku Matt przyznaje sie ze ma problem z alkoholem i ze SAM sie zdecydowal na odwyk. W rzeczywistosci tak balowal czesto w Juneau ze w koncu po pijaku autem dopiero co poznanej w barze laski rozwalil cos na parkingu WallMart. Za co policja go capnela i odwyk byl przymusowy. Samo Browntown bylo ponoc budowane przez wynajetych lokalesow a nie rodzine ktora tylko do zdjec lapala za mlotki...Z corką z 1 malzenstwa Billego ktorą na wizji niby zobaczyl pierwszy raz od 30 lat w rzeczywistosci utrzymywali kontakt od zostali w Discovery Alaskan Bush People byli wczesniej The Alaskan Wilderness Family i mieli wlasna strone www. Ale slaba kasa z tego byla wiec zmienili... Z tym wiezieniem tez sciema. Nie dosc ze naprawde nie mieszkali na stale na Alasce w czasie za ktory Alaska sie upomniala o niesluszne dywidenty (przed programem rodzina "pomieszkiwala" w wielu stanach w tym na Alasce) to jeszcze z wiezieniem tez jedno wielkie klamstwo bylo. Bam Bam w odcinku w ktorym wracaja po odbyciu kary powiedzial ze wreszcie moze zrobic wiecej niz 12 krokow (czy cos w tym stylu) a w rzeczywistosci wskutek ugody mial areszt domowy i UWAGA siedzial w ojcem miesiac w wygodnym hotelu z room service i basenem... I tego jest duuuzo wiecej. Wiec spokojnie bo to wszystko to serial za ktory rodzinka Brown zgarnia calkiem niezla kasiurkę:) Parchatunio Dzięki, no właśnie, moje podejrzenia się sprawdziły ;). A tknęło mnie między innymi z tym Mattem, który wyznał, że ma problem alkoholowy i regularnie upija się w mieście. Zaraz - regularny alkoholik z dziczy na wyspie upija się w mieście i jeszcze cała rodzinka jest zaskoczona? Nigdy nie zauważyli go pijanego? :) Bardzo dużo osób pytało mnie o wyjazd na Alaskę. Pytania dotyczyły organizacji wyjazdu, pracy tam itp. Zatem: na Alaskę wybrałem się 3 lata temu i to w zasadzie była moja pierwsza duża podróż. Ostatnio przeglądałem zdjęcia z wyjazdu, wspominałem najlepsze chwile i postanowiłem, że napiszę artykuł, który rozwieje wątpliwości niektórych odnośnie Alaski. Jak to wszystko się zaczęło? Zaczęło się od filmu Into the wild. Obejrzeliśmy go z Góreckim (Góreckiego poznaliście już z podróży do Maroka i Paryża) i zapragnęliśmy pojechać na Alaskę. Nie wiem, jak to się dzieje, ale czasem działa jakaś magiczna moc, która podsuwa nam różne okazje. Kilka tygodni po obejrzeniu filmu pojawiła się możliwość pojechania do pracy właśnie tam! Górecki spotkał się ze swoją koleżanką w Bielsku – Białej, która wybierała się na Alaskę. Zasięgnął języka, dowiedział się wszystkiego, co potrzeba, przyjechał do Krakowa i kilka dni później zaczynaliśmy już załatwiać formalności. Ja przy tym srałem ze strachu, bo po pierwsze – nie czułem się na siłach z angielskim, po drugie – pierwszy raz w życiu miałem lecieć samolotem pasażerskim i to tak daleko, a do tego 10 stref czasowych i po trzecie – zadawałem sobie pytanie „A co, jak nie dostanę wizy…?”. Formalności i koszta Zacznę od tej mniej przyjemnej części czyli spraw, które trzeba koniecznie załatwić. Nie było to bardzo skomplikowane, ponieważ wybierałem się na program Work and Travel dla studentów i we wszystkich sprawach organizacyjnych pomagało mi biuro The Best Way, które organizuje tego typu wyjazdy. Dziewczyny, które tam pracują pomogły mi niesamowicie (zwłaszcza podczas następnego drugiego wyjazdu do USA do Bostonu). Bardzo miło wspominam współpracę. Do tego wszystko 100% przez Internet – ani razu nie byłem w biurze na miejscu : ) Wracając do papierologii – wypełnia się durny formularz wizowy, w którym trzeba zapewnić, że nie planuje się na terenie USA prowadzić działań terrorystycznych (sic!), konstruować bomb atomowych i biologicznych (!!), trzeba podać nazwę klanu i plemienia… Potem wszystko wysyła się do biura, a następnie idzie się do konsulatu na szczerze, że miałem niesamowitą adrenalinę przed rozmową. Zainwestowałem w ten wyjazd sporo pieniędzy (o tym za chwilę) i gdyby się okazało, że nie dostanę wizy, to nie wiem co zrobiłbym z sobą : ) Stres był niepotrzebny, bo poszedłem, pogadałem 2 minuty przy okienku o przysłowiowm niczym i dostałem wizę (co ciekawe, gdy jechałem potem drugi raz nawet nie musiałem się fatygować do konsulatu i wysłałem jedynie paszport kurierem). Wizę otrzymuje się na pół roku – z pozwoleniem na pracę chyba na 4 miesiące. Da się jednak na miejscu pokombinować tak, żeby przedłużyć swój pobyt. Jeżeli chodzi o samą pracę, to wszystko zapewniło mi biuro Work and Travel. Musiałem jedynie podpisać kontrakt, który dawał mi 8$ za godzinę i 12 za$ za nadgodziny. Pracodawca zapewniał darmowy nocleg (stara szopa) i wyżywienie (bardzo dobre żarło). Jeżeli chodzi o koszta, to nie jest wesoło. Całość kosztowała mnie około 4 tys. zł (wiza + udział w programie + ubezpieczenie + opłaty dodatkowe) i bilet lotniczy 3 tys. zł. Zdecydowałem się jednak na wyjazd, bo czytałem opinie, że na miejscu jest dużo pracy. Czy tak było? To zależy. Ponoć trafiliśmy na słaby sezon, co potwierdzały osoby z Polski, które wybierały się tam któryś raz z kolei. Przez miesiąc pracy zarobiłem prawie 3500$, czyli wyjazd zwrócił się. Zobaczyłem też, co chciałem i przeżyłem to, czego pragnąłem. Sezon chyba naprawdę był słaby, bo drugą fabrykę, do której też można było pojechać, zamknęli i ludzie po 2 tygodniach stracili pracę. Całe szczęście mnie to nie spotkało. To była jedna z największych przygód w życiu! O miejscu słów kilka Wyobraźcie sobie, że siedzicie w małej pakamerce obok pasa startowego i czekacie na samolot. Za chwilę przychodzi ktoś z obsługi i mówi, że możemy iść. Podnosimy plecaki i wychodzimy na zewnątrz. Na krótkim pasie startowym stoi mały samolot transportowy. Podchodzimy do niego w trójkę, witamy się z pilotami i wsiadamy z nimi do kabiny! Za chwilę startujemy! Sierdzimy tuż obok nich, rozmawiamy przez mikrofon i słuchamy ich historii poprzez słuchawki na uszach. Oglądamy góry, które są pod nami. Po lewej stronie widać Ocean Spokojny. Czyż to nie niesamowita przygoda?! Po około godzinie lądujemy w… Twin Hills – małej wiosce praktycznie odciętej od świata. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów jest pustka. Wyskakuję z samolotu na zieloną trawę i co widzę? Stary, zdezelowany pickup! Dziecięce marzenie zaraz się zrealizuje! Do fabryki, w której pracuję mamy jeszcze kilka kilometrów i pokonamy je właśnie typ pickupem. Wskakuję na pakę, rzucam plecak w róg, siadam obok i za chwile ruszamy po żwirowej, wyboistej drodze, która daje trochę popalić, w dodatku obok jest dziurawy zbiornik paliwa i benzyna pryska na boki, ale jest pięknie. Dojeżdżamy do Oceanu Spokojnego i jedziemy wzdłuż niego po kamienistej plaży. Świeci słońce, wiatr wieje w oczy, a ja niemalże krzyczę ze szczęścia! Czy to nie niesamowita przygoda?! Na miejscu wylewają na mnie wiadro zimnej wody. Mieszkamy w drewnianej ruderze, a na miejscu oprócz hali produkcyjnej i doków nie ma nic. I uwaga – sensacja. Na terenie panuje prohibicja – nie uświadczysz nawet butelki piwa, a pół litra wódki na czarno kosztuje ponad 100$ . Oczywiście co sprytniejsi Polacy przyjeżdżający kolejny raz przywożą alkohol i przeprowadzają transakcję z Eskimosami. Business is business. O pracy słów kilka Przez pierwsze dni szło lekko. Praca nie była ciężka pod względem fizycznym, ale jak każda praca wykonywana przez długi czas – po prostu męczyła. Po około półtora tygodnia zaczęła się prawdziwa akcja – praca po kilkanaście godzin na dobę (zazwyczaj koło 16 h, rekord to 19 h), spanie w każdej wolnej chwili. Organizm rozregulował się i nie było „nocy i dnia”. Z resztą, praktycznie nie było nocy. Zachód słońca łączył się ze wschodem. Często, gdy kończyliśmy swoją zmianę np. o 6 rano, czekaliśmy na śniadanie patrząc na wschód i popijając kakao z torebki! I właśnie to było takie piękne! Człowiek nie myślał o Internecie i o całym świecie. Raz na kilka dni dzwoniłem tylko do domu informując wszystkich, że żyje. O Internecie można było zapomnieć. Dostępny był jeden komputer dla kilkudziesięciu pracujących, a jedna strona wczytywała się parę minut. Zanim otworzyłem maila, to już musiałem go wyłączyć, bo ktoś marudził, że za długo siedzę… Jak wyglądała praca? Była prosta i nie wymagała myślenia. Dostępne były różne stanowiska, które ja często zmieniałem, żeby nie popaść w totalną rutynę. Przykładowo stało się przy taśmie i sprawdzało wszystkie lecące ryby. Jeżeli była jakaś rana, to przerzucało się ją do innego koszyka. Kolejne stanowisko – układanie tych ryb na paletach. Inne stanowisko – pakowanie tych w paletach – już zamrożonych do pudełek. Dodatkowo udało mi się załapać do pracy w dokach, gdzie odbieraliśmy ładunek z kutrów. Od czasu do czasu można było popracować w Ice-housie – specjalnym pomieszczeniu, gdzie skraplająca się woda zamarzała i tworzyła lód. Cała filozofia polegała na tym, że trzeba było wejść z kilofem i łopatami i następnie kruszyć lód wrzucając go do specjalnego wiertła. Wszystko po to, żeby ryby się nie popsuły czekając na odcięcie głowy. Teraz chwila o pracownikach – pracowali tam polscy studenci, Eskimosi z Alaski, kilka osób z Meksyku i paru Amerykanów. Zazwyczaj jacyś wywrotowcy – świeżo po więzieniu lub po prostu nie mający pomysłu na siebie. Mimo to – bardzo mili : ) Czy było warto? Oj bardzo było warto. Co zobaczyłem, to moje i nikt mi tego nie zabierze. Praca na Alasce „wyrobiła mój charakter”. Czym teraz jest praca przy komputerze, gdy jeszcze niedawno musiałem tyrać fizycznie po 16 godzin na dobę? Sprawdziłem się. Zobaczyłem, jak mój organizm reaguje w sytuacji dużego zmęczenia, poczułem, jak to jest nie spać długi czas i zasypiać na stojąco. Uwierzyłem mocniej w siebie. Zauważyłem, że tak naprawdę siła to nie mięśnie i pakowanie. To bardziej kwestia psychiki. Do tego dochodzi jeszcze jeden ważny aspekt – wytrzymałość i to ona daje największa siłę. Nabrałem pewności siebie i zaufania do świata. Pojechałem i… przeżyłem, a miałem tyle obaw. Rozpoczęcie podróżowania „z grubej rury” bardzo pomogło mi przy kolejnych wyjazdach. Utwierdziłem się w przekonaniu, że podróże i robienie rożnych dziwnych rzeczy, jak np. patroszenie łososi na Alasce to jest to, co kocham i chcę robić! : ) Co do samego łososia – w życiu nie jadłem tak dobrej ryby i chyba nigdy w życiu już nie zjem. Bo to była ryba ze szczyptą mojej ciężkiej pracy, przygody, adrenaliny, doprawiona niepewnością i ryzykiem, bo jedzona na drugim końcu świata. Cóż… trzeba teraz robić kolejne niesamowite rzeczy. Właśnie planuje nową, niesamowitą podróż, o której dowiecie się w następnym wpisie : ) Dzięki za przeczytanie wpisu. Będę wdzięczny, jeżeli udostępnisz do innym w social media lub napiszesz poniżej w komentarzach, co o tym myślisz. Twoje zaagnażowanie naprawdę dużo dla mnie znaczy.

klan z alaski czy to prawda